Social media to konstrukt przedziwny. Każdy ma głos, każdy ma swoją przestrzeń do komunikacji ze światem. Uważam, że to bardzo dobrze.
Naturalnie wybieranie między ziarnem i plewami wymaga pewnych narzędzi, takich jak zdrowy rozsądek. Czyż jednak nie jest tak ze wszystkimi wpływami? Rodziny, przyjaciół, szkoły, Kościoła?
Mnie w tej chwili trapi jednak pewien problem.
Obserwuję wiele osób na różnych platformach społecznościowych. Każdego dnia publikowane są nowe, często wymagające sporego kawałka czasu na zapoznanie się, treści. Kto ma czas to wszystko oglądać i czytać?
Jestem kobietą w średnim wieku, bezdzietną, praca moja jest lekka. Mam czas. Widać jednak nie tak dużo, skoro nawet ja nie nadążam. Po prostu nie nadążam za tempem generowania treści, które potencjalnie byłyby dla mnie ciekawe.
Oczywiście social media to domeny, którymi rządzą algorytmy. Stałe publikacje, w które angażują się obserwatorzy, pomagają algorytmom wypychać treści do większej ilości odbiorców. Wpisy zatem, posty, przynajmniej w sporej części pisane są nie po to, by dawać jakość, ale po to, by zgadzały się zasięgi.
Trudno twórców winić za chęć dotarcia do jak największej liczby obserwatorów. Widzę tu jednak 2 trudności:
1. Nikt tego nie jest w stanie przejrzeć i przeczytać. Mnogość treści, na które nie ma czasu nikt, nie ma realnej wartości, o którą czasem jednak publikującym chodzi. Ruch zatem jest pusty i nic nie wnoszący. Choć być może większe zasięgi dają potencjalnie większą liczbę faktycznie zainteresowanych odbiorców.
2. Tu pojawia się problem nr 2, to znaczy powtarzalność. Nikt, nawet najzdolniejszy geniusz, nie jest w stanie generować nowych koncepcji jak z pistoletu. Treści publikowane tak często są zatem nudne, irytujące i rozmywają przekaz, rozpuszczają go w powodzi słowotoku i w bajorze grafik.
Każda twórczość, niezależnie od dziedziny, najczęściej opowiada historię kilku myśli, kilku przekonań, kilku zachwytów i kilku nawróceń. Najoryginalniejsze dzieła są zwykle dziełami paru idei. A cała twórczość dopiero w przekroju i pełnym ujęciu pokazuje ewolucję i faktyczną jakościową zmianę autorów. A to przecież dotyczy tych wielkich, najwybitniejszych i niepowtarzalnych mistrzów.
Po co zatem zaśmiecać przestrzeń publiczną monotonną paplaniną w kółko tego samego? Czy lajki i zasięgi cokolwiek znaczą, gdy treści nie znajdują sensownego odzewu? Rozumiem chęć dzielenia się ze światem swoją wiedzą i pomocą. Gdzie tu jednak kończy się człowiek, który chce dać wartość, a zaczyna jego biznes z e-bookami, w których powtarzane są wciąż te same komunały?
Nie rozumiem tego. Wiem, że jestem stara i w moim życiu social media są względnie nowym fenomenem. Nie widzę jednak sensu w produkowaniu tekstów jak w fabryce - masowo i sztampowo. Czy to na dłuższą metę będzie miało sens dla kogokolwiek? Czy przeciętnemu odbiorcy w końcu znudzi się podążanie za czymś, co nic nie wnosi? A może będziemy tak skrolować i skrolować, i lajkować i lajkować, aż nasze mózgi zamienią się w styropian? I będzie nam po prostu doskonale wszystko jedno?
