piątek, 10 lipca 2026

Popęd życia



Rozpacz to ciemne chmury, które utrzymują się tak długo, że zapominam o istnieniu słońca. Zimno, straszno. Nie mam siły trwać zmarznięta i przerażona. Jak rozgonić te skłębione zasłony? Co zrobić, by nie wpaść w spiralę ciągłego spadania w dół?

Depresja dopada jak popęd śmierci. Potężna siła, która trwa uporczywie i chce zniszczyć wszystko, co dla mnie wartościowe. Włącznie ze mną samą. 

Co mogę zrobić? Jak tonący chwytam się każdego przebłysku życia. Muzyka, relacje, zwierzęta, książki. Każda z tych rzeczy niesie ze sobą odrobinę popędu zycia. Jedyny sposób, to ten pęd życia schwycić i trzymać się go kurczowo. Choćby był jedną świeczką. 

Aby żyć muszę wybrać życie.

Aby poddać się wystarczy osunąć się w nihilizm. Ostatni ogarek to instynkt samozachowawczy, ta psia wiara w sens życia i mozliwość ratunku.

Dlaczego walczyć pytasz. Z miłości własnej. Z miłości do świata. Z miłości do otoczenia. 

I prawdą jest, że ci, którzy tu wchodzicie porzućcie wszelką nadzieję. Bo nadzieja zawsze wiąże się z miłością. A tam, gdzie miłości nie ma, jest tylko piekło.


niedziela, 28 czerwca 2026

Wciąż nowe wciąż te same



Social media to konstrukt przedziwny. Każdy ma głos, każdy ma swoją przestrzeń do komunikacji ze światem. Uważam, że to bardzo dobrze.

Naturalnie wybieranie między ziarnem i plewami wymaga pewnych narzędzi, takich jak zdrowy rozsądek. Czyż jednak nie jest tak ze wszystkimi wpływami? Rodziny, przyjaciół, szkoły, Kościoła?

Mnie w tej chwili trapi jednak pewien problem.

Obserwuję wiele osób na różnych platformach społecznościowych. Każdego dnia publikowane są nowe, często wymagające sporego kawałka czasu na zapoznanie się, treści. Kto ma czas to wszystko oglądać i czytać?

Jestem kobietą w średnim wieku, bezdzietną, praca moja jest lekka. Mam czas. Widać jednak nie tak dużo, skoro nawet ja nie nadążam. Po prostu nie nadążam za tempem generowania treści, które potencjalnie byłyby dla mnie ciekawe.

Oczywiście social media to domeny, którymi rządzą algorytmy. Stałe publikacje, w które angażują się obserwatorzy, pomagają algorytmom wypychać treści do większej ilości odbiorców. Wpisy zatem, posty, przynajmniej w sporej części pisane są nie po to, by dawać jakość, ale po to, by zgadzały się zasięgi.

Trudno twórców winić za chęć dotarcia do jak największej liczby obserwatorów. Widzę tu jednak 2 trudności:

1. Nikt tego nie jest w stanie przejrzeć i przeczytać. Mnogość treści, na które nie ma czasu nikt, nie ma realnej wartości, o którą czasem jednak publikującym chodzi. Ruch zatem jest pusty i nic nie wnoszący. Choć być może większe zasięgi dają potencjalnie większą liczbę faktycznie zainteresowanych odbiorców.

2. Tu pojawia się problem nr 2, to znaczy powtarzalność. Nikt, nawet najzdolniejszy geniusz, nie jest w stanie generować nowych koncepcji jak z pistoletu. Treści publikowane tak często są zatem nudne, irytujące i rozmywają przekaz, rozpuszczają go w powodzi słowotoku i w bajorze grafik.

Każda twórczość, niezależnie od dziedziny, najczęściej opowiada historię kilku myśli, kilku przekonań, kilku zachwytów i kilku nawróceń. Najoryginalniejsze dzieła są zwykle dziełami paru idei. A cała twórczość dopiero w przekroju i pełnym ujęciu pokazuje ewolucję i faktyczną jakościową zmianę autorów. A to przecież dotyczy tych wielkich, najwybitniejszych i niepowtarzalnych mistrzów.

Po co zatem zaśmiecać przestrzeń publiczną monotonną paplaniną w kółko tego samego? Czy lajki i zasięgi cokolwiek znaczą, gdy treści nie znajdują sensownego odzewu? Rozumiem chęć dzielenia się ze światem swoją wiedzą i pomocą. Gdzie tu jednak kończy się człowiek, który chce dać wartość, a zaczyna jego biznes z e-bookami, w których powtarzane są wciąż te same komunały?

Nie rozumiem tego. Wiem, że jestem stara i w moim życiu social media są względnie nowym fenomenem. Nie widzę jednak sensu w produkowaniu tekstów jak w fabryce - masowo i sztampowo. Czy to na dłuższą metę będzie miało sens dla kogokolwiek? Czy przeciętnemu odbiorcy w końcu znudzi się podążanie za czymś, co nic nie wnosi? A może będziemy tak skrolować i skrolować, i lajkować i lajkować, aż nasze mózgi zamienią się w styropian? I będzie nam po prostu doskonale wszystko jedno?

niedziela, 12 kwietnia 2026

Jak uciec?



Kiedy jestem sama, sama, sama... taka dawka samotności jest nie do wytrzymania. Póki mam siły - rozpraszam ciszę hałasem niby pożyczecznych działań. Kiedy nie mam siły, nie odpoczywam. Cierpię. Bo ból duszy nie pozwala odpocząć. On ciągle tam jest. Choć uciekam wewnętrzna czarna dziura czyha, zawsze głęboka i zawsze bezlitosna. Czepiam się myśli, które nie mają sensu, nie mają treści, są tak samo puste jak moje życie. Moje palce są zimne jakby kostucha juz ich dotykała, już się do nich zbliżała. Nie mam żadnego punktu zaczepienia, nie mam nic, nie mam siebie.

Kiedy jestem sama nie znam żadnego celu, do którego mogę dążyć. Gdy jestem sama nie ma mnie. Gdy jestem sama jestem nikim. Nie rozumiem dlaczego nie mogę zyskać spokoju. Nie wiem jak inni po prostu są. A mnie po prostu nie ma. Będąc samą nie jestem dla nikogo czymś. Jestem niczym.

Moje demony trzymają mnie swoimi oślizgłymi mackami. Nie dają spokoju. Wciąż przypominają o sobie. Bardziej lub mniej przyczajone. Wysysają ze mnie duszę, która jest i tak już tylko cieniem.

Próbuję od nich uciec, ale one pętają mi kostki, trzymają za szyję. Duszą. Nie mam powietrza. Chcę na łąkę, gdzie mnie nie znajdą. Chcę nad morze, gdzie wiatr zagłusza ich upiorne jęki. Chcę do chłodnej piwnicy z dala od wszystkiego, co zaburza mój spokój. Chcę spać i nie musieć myśleć.

Jak uciec od rozpaczy? Choćbym tańczyła codziennie, wypijała dwie butelki wytrawnego wina, choćbym biegała boso pijana i szalona - kiedy padam one już tu są. Już znów je czuję - dręczące upiory winy, nienawiści i bezradności. Kiedy padam i znów jestem sama - znów nie ma mnie, znów jestem nikim, znów nie widzę drogi przed sobą, drogi za sobą. Znów słyszę tylko głos rezygnacji i beznadziejności - gorzki śmiech diabła.

piątek, 6 lutego 2026

Gdy nie mogę spać




Gdy nie mogę spać boję się zasnąć. Nie umiem zaufać ciszy, pogrążenie się we śnie to ryzyko odpuszczenia kontroli. A co, jeśli się nie obudzę? Co jeśli zapomnę kim jestem i co jest dla mnie ważne? Co jeśli kolejny sen zachwieje moje poczucie wewnętrznej integralności i zespojenia z rzeczywistością?

Objęcia Morfeusza wydają mi się mało apetyczne, nie mam ochoty na ten uścisk. Łóżko madejowe oferuje tortury nieprzychodzącego snu i długiej, głuchej nocy.

Słucham muzyki wciąż i wciąż. Nie mogę jej wyłączyć, to jedyny towarzysz. Nie chcę jutra. Już dość mam tych wczoraj, tych dni nieodróżnialnych, bezsensownych, szybko przemijających. Mam ochotę zatrzymać czas i tak trwać, nie myśląc o niczym, co zasieje cień wątpliwości. Tkwić tak w zawieszeniu i odpoczywać od ciągłego biegu.

Nie rozumiem świata, a tym bardziej ludzi. Nie rozumiem siebie. Nic nie rozumiem. Dlatego chcę tak trwać w tej nocy, długiej i nudnej jak koszmarna wieczność.

Dlaczego coś jest lepsze, niż coś? Nie powinnam zadawać sobie tego pytania. Bo odpowiedzi jest wiele i się nawzajem wykluczają. I wtedy ja tym bardziej nie wiem, o co chodzi. Nie mam żadnych odpowiedzi na którykolwiek z problemów.

Część mojego mózgu zasypia, ale druga część wciąż czuwa jak pies wartownik, w oczekiwaniu na zło wydobywające się z kłębów ciemności. 

Nie umiem kontrolować myśli, które nie mają sensu ani żadnego znaczenia. Podobnie jak uczucia. Podobnie jak mała ja i moje małe życie. Moje ego nie ma żadnej racji bytu. Choć jest, to właściwie nie ma wartości.

Chcę spać jak zwierzę, żyć jak zwierzę. Zwierzę zwykle cierpi, ale raczej o tym nie myśli. Po prostu żyje dalej lub umiera. Jak wszystko. Są miliardy takich zwierząt oraz miliardy ludzi, którzy nie mogą spokojnie spać. Po co to tak jest? Po co mi świadomość? Czy to kara za pierworodny grzech, którego nie popełniłam?

Więc świadoma małości praojców i małości własnej siedzę w fotelu, słucham muzyki i drżę przed porankiem, który przyjdzie zbyt szybko, zbyt intensywnie, zbytecznie.


sobota, 20 grudnia 2025

O matołach



Diagnoza schizofrenia paranoidalna. Lub zaburzenie schizoafektywne. I już wiesz, że masz przesrane jak w ruskim czołgu.

Nie dlatego, że całe życie będziesz musiała brać świństwa, od których spuchniesz, będziesz miała niewydolną duszę i ospałe, obolałe ciało.

I nie dlatego, że mimo leków paskudne objawy będą wracały i raz po raz wylądujesz gdzieś w miejscu, w którym raczej nie masz ochoty spędzać czasu. Gdzie śmierdzi, wszystko ginie i czas zatrzymuje się a absurd i komizm prowadzą tylko do cynizmu i stępienia jakiejkolwiek wrażliwości na drugiego człowieka.

Diagnoza choroby psychicznej prowadzi do tego, że ludzie wokół Ciebie nie reagują na Ciebie poważnie. Nie zgadzasz się - zwariowałaś. Okazujesz emocje - jesteś zaburzona. Masz swoje zdanie - przyjmowane jest to z oślizgłymi uśmieszkami politowania.

Nikt tak nie musi walczyć o godność jak człowiek chory psychicznie. Bo ludzie czują się upoważnieni do oceny Twoich kompetencji intelektualnych według własnego kiepskiego pojęcia o tym, kim jest człowiek chory psychicznie.

Więc słyszysz, że jesteś taka biedna, chora, nieporadna. Że nie wiesz, co robisz, a wszystko, co myślisz jest wynikiem tego, co sugerują inni. Przecież ty mała głupiutka chora Zuzanko sobie sama nie poradzisz. W tym małym móżdżku nie ma nic, ach nic.

Albo słyszysz, że skoro raz: jesteś chora psychicznie i dwa: obstajesz przyswojej ocenie ludzi - sprzecznej z oceną interlokutora - musisz być albo psychopatką albo osobą niepoczytalną.

Bo wszyscy wokół Ciebie czują się mądrzejsi. Czują się lepsi. 

A Ty tak na nich patrzysz i myślisz: Chryste co za matoły. 

A potem myślisz znowu o tym, że ludzie to piekło i ze niestety nic na to nie poradzisz, bo każdy myśli i mówi co chce, nie masz na to wpływu.

Za to masz wpływ na siebie. Dlatego myślisz i mówisz podobnie jak oni - to, co Ci się żywnie podoba.

niedziela, 30 listopada 2025

Dojrzałe banany są najsłodsze



Kobieta to dziwna istota. Gdy jest młoda jest ładna, słaba i łatwowierna. Gdy jest dorosła, musi być kobietą i mężczyzną, być silna, zwinna, mądra i walczyć o przetrwanie. Kiedy jest dojrzała...

Kiedy jest dojrzała nie poznaje swojego ciała. Nie poznaje też swojej duszy i wyrazu oczu. I zmarszczek. Nie poznaje świata, który ją otacza. I jeśli nie czuje się nikomu potrzebna, na siłę musi znaleźć powody i wartości. Na siłę musi znaleźć w sobie atrakcyjność i dobro.

Ciężko się przekonać, że jeszcze jest się kimś, gdy dzieci już nie ma albo nigdy ich nie było. Gdy zaczyna się czuć jak powietrze w towarzystwie mężczyzn, kiedy dorośli ludzie budzą instynkty opiekuńcze i czułość. Bo to dzieci.

Zastanawiam się, co będzie za kolejne 20 lat? Tylko ból, słabość, kruchość i zimno? Rezygnacja? Zagubienie? Zgorzknienie? Zawiść? Złość?

Kobieta podobno starzeje się jak wino. I dojrzałe banany są podobno najsłodsze. Jednak gdy świat wokół jest obcy, podobnie jak odbicie w lustrze - cierpkie wino i cierpkie porzeczki bardziej przystoją.

Kobieta dojrzała może być tylko tyle i tylko tym, na co sobie pozwoli i na co pozwolą inni. Bo sama z siebie - nie wiem. Chyba nie jest już specjalnie człowiekiem.


sobota, 8 listopada 2025

Young Lust


Young Lust to tytuł jednego z kawałków na płycie Aerosmith Pump. Młoda żądza w ujęciu rockowym. Adekwatnie. Jednak tytuł tego wpisu jest nieco click bait'owy. Nie będę bowiem pisała o żądzy cielesnej, lecz o namiętnym drivie młodych ludzi, drapieżnej chciwości wszystkiego tego, co życie może zaoferować. O tym drivie, którego my szpetni czterdziestoletni raczej nie mamy już w sobie.

Młodość oznacza zwykle głupotę, ale także sporo zasobów fizycznych. Brak wyobraźni związany z niedostatecznym bagażem doświadczeń pozwala na ryzykanctwo i próby realizacji śmiałych marzeń, młodzieńczych fantazji. Niektórzy młodzi wierzą w miłość, inni w zabawę, jeszcze inni w swoje partykularne pasje. Oczywistym napędem jest dobrobyt finansowy, seks oraz imprezowanie, szalenie tak długo i tak mocno jak się da. Młodość podejmuje przedsięwzięcia nie zważając na konsekwencje oraz zobowiąznia, których kosztów nie zna i nie potrafi przewidzieć.

Młode małżeństwa, długi, nałogi, dzieci, pierwsze prace, wyjazdy, nabazgrane obrazy, zagrana muzyka do weselnego kotleta, pisanie do szuflady lub publikacje na Amazonie. Któż z nas nie miał tych pierwszych wzlotów. I kto nie zaliczył upadku ryjem centralnie na glebę? Young Lust kończy się poharatanym sercem, duszą, ciałem i niewypłacalnością. Dla wielu.

Bądźmy szczerzy, po tym wszystkim i jeszcze kawałek później nie bardzo chce się już robić cokolwiek. Jak więc sprawić, by do dojrzałych projektów rosły nam skrzydła jak wtedy, gdy mieliśmy po 20 lat? Nie da się odzobaczyć tego, co się zobaczyło. I zapomnieć lekcji życia. Nie ma powrotu do głupiej niewinności. Zeżarliśmy już to jabłko poznania złego i dobrego. Nie marzymy o raju, który zamknął się szczelnie za nami.

To co możemy dla siebie uczynić, to pójść tam, gdzie chcemy, z kim chcemy i dlatego, że chcemy. Wiemy, że świat to rózne stopnie szarości i każdy nasz wybór niesie plusy i minusy. Nie da się żyć i nie wyrządzać krzywdy. Więc lepiej od razu to zaakceptować i cieszyć się życiem.

Szpetni czterdziestoletni nie mamy wiary, nie mamy złudzeń, ale jeszcze żyjemy, szkoda zatem wegetować. Dlatego nieco z rozsądku, nieco wiedzeni nadzieją wykonujemy skok  wir zdarzeń, pijemy wino zapomnienia i przywołujemy boga Iggiego Pop. Odzyskujemy swój Lust for Life!