Kiedy jestem sama, sama, sama... taka dawka samotności jest nie do wytrzymania. Póki mam siły - rozpraszam ciszę hałasem niby pożyczecznych działań. Kiedy nie mam siły, nie odpoczywam. Cierpię. Bo ból duszy nie pozwala odpocząć. On ciągle tam jest. Choć uciekam wewnętrzna czarna dziura czyha, zawsze głęboka i zawsze bezlitosna. Czepiam się myśli, które nie mają sensu, nie mają treści, są tak samo puste jak moje życie. Moje palce są zimne jakby kostucha juz ich dotykała, już się do nich zbliżała. Nie mam żadnego punktu zaczepienia, nie mam nic, nie mam siebie.
Kiedy jestem sama nie znam żadnego celu, do którego mogę dążyć. Gdy jestem sama nie ma mnie. Gdy jestem sama jestem nikim. Nie rozumiem dlaczego nie mogę zyskać spokoju. Nie wiem jak inni po prostu są. A mnie po prostu nie ma. Będąc samą nie jestem dla nikogo czymś. Jestem niczym.
Moje demony trzymają mnie swoimi oślizgłymi mackami. Nie dają spokoju. Wciąż przypominają o sobie. Bardziej lub mniej przyczajone. Wysysają ze mnie duszę, która jest i tak już tylko cieniem.
Próbuję od nich uciec, ale one pętają mi kostki, trzymają za szyję. Duszą. Nie mam powietrza. Chcę na łąkę, gdzie mnie nie znajdą. Chcę nad morze, gdzie wiatr zagłusza ich upiorne jęki. Chcę do chłodnej piwnicy z dala od wszystkiego, co zaburza mój spokój. Chcę spać i nie musieć myśleć.
Jak uciec od rozpaczy? Choćbym tańczyła codziennie, wypijała dwie butelki wytrawnego wina, choćbym biegała boso pijana i szalona - kiedy padam one już tu są. Już znów je czuję - dręczące upiory winy, nienawiści i bezradności. Kiedy padam i znów jestem sama - znów nie ma mnie, znów jestem nikim, znów nie widzę drogi przed sobą, drogi za sobą. Znów słyszę tylko głos rezygnacji i beznadziejności - gorzki śmiech diabła.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz