Gdy nie mogę spać boję się zasnąć. Nie umiem zaufać ciszy, pogrążenie się we śnie to ryzyko odpuszczenia kontroli. A co, jeśli się nie obudzę? Co jeśli zapomnę kim jestem i co jest dla mnie ważne? Co jeśli kolejny sen zachwieje moje poczucie wewnętrznej integralności i zespojenia z rzeczywistością?
Objęcia Morfeusza wydają mi się mało apetyczne, nie mam ochoty na ten uścisk. Łóżko madejowe oferuje tortury nieprzychodzącego snu i długiej, głuchej nocy.
Słucham muzyki wciąż i wciąż. Nie mogę jej wyłączyć, to jedyny towarzysz. Nie chcę jutra. Już dość mam tych wczoraj, tych dni nieodróżnialnych, bezsensownych, szybko przemijających. Mam ochotę zatrzymać czas i tak trwać, nie myśląc o niczym, co zasieje cień wątpliwości. Tkwić tak w zawieszeniu i odpoczywać od ciągłego biegu.
Nie rozumiem świata, a tym bardziej ludzi. Nie rozumiem siebie. Nic nie rozumiem. Dlatego chcę tak trwać w tej nocy, długiej i nudnej jak koszmarna wieczność.
Dlaczego coś jest lepsze, niż coś? Nie powinnam zadawać sobie tego pytania. Bo odpowiedzi jest wiele i się nawzajem wykluczają. I wtedy ja tym bardziej nie wiem, o co chodzi. Nie mam żadnych odpowiedzi na którykolwiek z problemów.
Część mojego mózgu zasypia, ale druga część wciąż czuwa jak pies wartownik, w oczekiwaniu na zło wydobywające się z kłębów ciemności.
Nie umiem kontrolować myśli, które nie mają sensu ani żadnego znaczenia. Podobnie jak uczucia. Podobnie jak mała ja i moje małe życie. Moje ego nie ma żadnej racji bytu. Choć jest, to właściwie nie ma wartości.
Chcę spać jak zwierzę, żyć jak zwierzę. Zwierzę zwykle cierpi, ale raczej o tym nie myśli. Po prostu żyje dalej lub umiera. Jak wszystko. Są miliardy takich zwierząt oraz miliardy ludzi, którzy nie mogą spokojnie spać. Po co to tak jest? Po co mi świadomość? Czy to kara za pierworodny grzech, którego nie popełniłam?
Więc świadoma małości praojców i małości własnej siedzę w fotelu, słucham muzyki i drżę przed porankiem, który przyjdzie zbyt szybko, zbyt intensywnie, zbytecznie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz