sobota, 3 sierpnia 2024

Wypełniam życie rzeczami, które nic nie znaczą.



Tak trudno znaleźć sens życia, codziennego życia, takiego z dnia na dzień. Jeżeli się czuje, że nie do końca warto, cóż pozostaje? Wiara i nadzieja? No tak. Choć to rodzaj duchowego zadłużenia.

Ludzie, którzy mają dzieci zostawiają coś po sobie na tym świecie no i mają ręce pełne roboty. A bezdzietni? Mam koty. One mnie potrzebują. I ja potrzebuję ich. To mały cud kochać kota. Nie tak duży jak urodzić dzieci.

Ludzie, którzy tworzą rzeczy wielkie będą nieśmiertelni. Czy to znani z nazwiska, czy przez swoją sztukę.

Ludzie, którzy robią rzeczy pożyteczne - budują mosty, teatry, wielkie hotele - nie będą pamiętani, ale ich budowle przetrwają.

Co pozostanie po kobiecie, która kocha koty? Sierść na kanapie i ślady pazurków na skórze szybko przemijają.

A może modlitwa, medytacja jest wieczna, może frunie gdzieś i osiada jak puch w przestworzach, za tęczowym mostem?

Czy to ważne? Codzienny zgiełk, małe sprawy przeminą bez śladu. Jak oddech umierającego kota...

wtorek, 23 lipca 2024

Trzecie oko. Czy wymiar duchowy istnieje?

Naprawdę ciężko mi odpowiedzieć na tytułowe pytanie, bo sama nie potrafię wyrobić sobie zdania. Z jednej strony doświadczam fenomenów umysłowych i emocjonalnych, które opierają się logicznemu osądowi. Z drugiej strony zastanawiam się, czy są one tylko i wyłącznie konstruktem mojej własnej psychiki albo podświadomą percepcją rzeczy materialnych, której nie umiem w sposób obiektywny ocenić. 

Istnieje powiedzenie osób wierzących, religijnych, że wiara zaczyna się tam, gdzie nie można posługiwać się rozsądkiem. Trzecie oko widzi, szósty zmysł czuje, ale świadomość nie potrafi logicznie wytłumaczyć tego, co jest postrzegane. Postawa wiary zawsze wydawała mi się wytrychem. Czyli uważałam, że argument wiary jest niezwykle wygodny, bo zwalnia posługujących się nim z obowiązku udowodnienia swoich racji.

Jednak być może wiara nie jest wytrychem, ale jest kluczem? Naprawdę tego nie wiem. Św. Augustyn uważał, że wierzyć mogą tylko obdarzeni łaską. Jest szansa, że tej łaski nie dostąpiłam. Kim jestem, żeby wyrażać się w sposób pewny o sprawach, które były i są niejasne dla najtęższych umysłów i najgorętszych serc? Wiara wydaje się dla wielu rzeczywiście błogosławionym stanem. Rozumiem przez to, że umiejętność powierzenia trudności i nierozwiązanych konfliktów zewnętrznej "sile" naprawdę ułatwia życie i pomaga odzyskać harmonię. Ale użyteczność strefy duchowej nie może być racjonalnym argumentem na jej istnienie.

Ludzie, którzy wierzą w wymiar nadprzyrodzony często mówią, że po prostu wiedzą, że istnieje. Oczywiście nie bardzo widzę jak z poziomu przyziemnej postawy zdroworozsądkowej, którą zazwyczaj przybieram, mogłabym jakiś skok ku wierze wykonać. Muszę przyznać jednak, że kwestia duchowości coraz bardziej mnie fascynuje. Zobaczymy. może moje trzecie oko otworzy się w końcu i wzbogaci mnie o jakąś nową perspektywę.



czwartek, 20 czerwca 2024

Odmienna perspektywa



Horyzont poglądów i przekonań, przynajmniej u mnie, przypomina siedzenie na tapczanie z kocem na głowie. Wiem tylko to, co pod kocem, co mam w głowie - nie wiadomo co i skąd, oraz monolog, który zapętla się wciąż i wciąż w ten sam sposób. Nie rozumiem w jaki sposób dialog byłby w stanie zmienić moją egzystencję w weselszą i szczęśliwszą. Mówię sama do siebie i zatykam uszy rękami.

Gadają do mnie spoza koca, coś próbuję odpowiadać, coś tam rozumiem, ale tak naprawdę nie. Tylko czasami ktoś, czy coś uchyla nieco mój koc. Jawi mi się zupełnie inny świat, odmienna perspektywa, świat na innych warunkach, lekki i pogodny. Jednak potrzeba bezpieczeństwa każe mi natychmiast wsadzać głowię z powrotem pod koc.

I chociaż nie chcę zdjąć z siebie koca, bo to wszystko co mam, co znam, jest mi ciepło, zacisznie i bezpiecznie - ogarnia mnie swego rodzaju tęsknota i ciekawość. I zastanawiam się nad tym, co by było, gdyby tego koca się pozbyć. No ale koniec końców przecież tu pod moim kocem jest najlepiej. Tak jak trzeba.

Życzę sobie odwagi, aby wysunąć nos spod swojego koca i poszerzyć horyzonty. Albo nawet zyskać odmienną perspektywę.

piątek, 14 czerwca 2024

Zło, które mieszka we mnie



Zło to moje drugie imię, zaraz po pierwszym - rozsądku. Dobro próbuje przebijać się do świadomości korzystając z chwil, kiedy ego składa swoje kolorowe piórka. Miłosierdzie jest dla mnie zawsze po moim własnym interesie. Hojność zawsze ustępuje zachłanności, a okrucieństwo nie daje dojść do głosu łagodności.

Zło, które mieszka we mnie przedstawia się jako piękna bogini, przystojny poeta, cudowna muzyka. Zło lśni, błyszczy, olśniewa, zachwyca. Zło we mnie brzmi i smakuje jak najlepsze wino i najwznioślejsza organowa msza...

Zło i wszystkie moje demony paradują w korowodzie kwiatów i kiści winogron, zabijając wszystko, co porządne i uczciwe na swojej drodze. Nie umiem już odróżnić prawdy od kłamstwa i nocy od dnia. To jest chyba właśnie czyściec - męki usiłowania, by odróżnić to, co zapewni życie wieczne w niebie od tego, co strąci po wsze czasy w ogień.

Nic mnie nie przygotowało na walkę zła z dobrem, która trwa we mnie trawiąc myśli i emocje. Nie rozumiem znaczenia tych skrajności, ich przeznaczenia i celu.

Czy i Ty staczasz tę walkę? Czy i Ty czujesz się przegrany?

Miłość i nienawiść świętują zaślubiny w świątyni mojego umysłu zostawiając mnie zdumioną przy ołtarzu, na którym dogorywa mój zdrowy rozsądek.


czwartek, 6 czerwca 2024

Kiedy w głowie pusto



Kiedy wiatry wieją, deszcze padają, grzmią gromy, nie pojawia się tęcza - w mojej głowie nie ma nic.

Myśli ulatują jak puch z kwitnących topoli.

Nic nie wiem, nic nie pamiętam, nic nie czuję, nic nie rozumiem... jestem nikim.

Kiedy moja głowa jest pusta, a dusza bez czucia - to jestem, ale tak jakby mnie nie było.

Nic już nie wiem, niczego nie ma, nie było i nie będzie.

Umysł wysuszony na wiór - jak popiół rozsypany na cztery wiatry.

Ten niebyt mnie nie dziwi. Ale przeraża, gdyż widzę i czuję jak bardzo nie ma nic. I jak bardzo nie ma mnie.

Kim jestem jeśli nie strumieniem uczuć, doznań zmysłowych, przeżyć duchowych i myśli? Kim jestem dla innych gdy nie ma już niczego z tych wyznaczników bycia? Kukłą, bezrozumnym chochołem, co tańczy bezmyślnie, powtarzając te same, wydeptane ścieżki walca lub polki?

W zasadzie nic nie jest realne.

Oprócz tego chocholego tańca.

Aż wiatry się kończą, wychodzi tęcza, robi się pięknie i człowiek jak kwiat na wiosnę - odżywa i staje się realny.

A myśli wracają do głowy.

poniedziałek, 3 czerwca 2024

Uczucia... rozsądek podpowiada ich nie słuchać - a one wrzeszczą



Uczucia są jak niemowlę domagające się mleka matki, jak kot proszący o jeszcze jeden smaczek....

Wiemy, że to nie pora karmienia, wiemy, że należy postępować zachowując pewną dyscyplinę. Ale wrzask jest.

Uczucia można tłumaczyć, tłumić, racjonalizować, upychać pod dywan. Mimo to one wrzeszczą jak nienażarty bachor.

Można też tak bardzo się pilnować, tak dyscyplinować, tak bardzo postępować zgodnie z logiką, że nic się już nie czuje. I jest się nikim.

A czasami trąba powietrzna uczuć wciąga nas bezlitośnie, tak że mózg traci połączenia pomiędzy neuronami. Szalejemy.

I nie da się tego wypośrodkować. Możemy wierzyć, że się da, możemy próbować.

Ale ta bit*h naszych emocji zerwie z nas cienkie odzienie rozsądku za każdym razem gdy zechce. I co zrobić?

Pogodzić się!


piątek, 15 marca 2024

Sceptycyzm, czyli umiarkowany pesymizm

Sceptycyzm to postawa życiowa, która jest dla mnie naturalna. Umiarkowany, ostrożny optymizm był przez długi czas przedmiotem moich dążeń, pożądanym stanem umysłu. Lecz niestety. Pogoń okazała się daremna. Oczywiste jest to, że ten, który myśli, że ogólnie rzeczy mają się dobrze, sam miewa się nieźle. Ale mój sceptyczny umysł od razu podłapuje tę gimnastykę intelektualną i wytyka optymiście cóż - głupotę.

Są rzeczy, które się widziało i których nie da się odzobaczyć.

Nie wiem, jak mam nie wątpić we wszystko, skoro doświadczenie i rozum nakazują mi dystans, przekorę i gotowość na każdy możliwy scenariusz, jaki sprawy mogą przybrać. Zauważmy, że sceptycyzm nie zakłada od razu klęski, ale uznaje ją za wielce prawdopodobną. Pozytywne zakończenie każdej kwestii pozostaje miłą niespodzianką. Za każdym razem.

Językiem mojego sceptycyzmu są sarkazm oraz ironia. Śmiech, który zastępuje płacz. Bo skoro nie dziwi mnie krzywda, ból, czy smutek - mój, czy bliskich - dlaczego miałabym rozpaczać. Śmiech pozwala zachować dystans. Odrywa od rdzenia, w którym czuję się zraniona, dotknięta, samotna, rozczarowana. I w którym żądam sprawiedliwości. Ten rdzeń jest jednak w moim świecie tylko echem dziecka, którym byłam. Mózg przejął stery, odciął się od pełnej sentymentów ładowni, patrzy trzeźwo na rzeczywistość, nie spodziewa się niczego dobrego i śmiechem reaguje na przeciwności.

Czy sceptycyzm jest maską? Tak, jeśli każdą dorosłą postawę życiową można nazwać maską. Nikt z nas nie pozostaje autentyczny we wszystkim co robi. Każdy ma na sobie jakąś zbroję, jakiś hełm, czy kolczugę, które chronią go przed skutkami przeciwności losu. Dla mnie sceptycyzm jest naturalny jak miłość do przyrody. I podobnie jak w przyrodzie nie ma litości - nie widzę jej w świecie ludzkim. I tu i tu są wygrani i przegrani. 

Przy rozdawaniu kart nie znamy zakończenia gry. Ja wolę założyć, że raczej nie wygram, ale ucieszę się, jeśli dostanę w rozdaniu mocnego streeta.