czwartek, 3 września 2026

Każdy z nas jest niewolnikiem...



Każdy z nas jest niewolnikiem, czy tego chcesz, czy nie. Powtarzam to za kultowym zespołem Tilt.

Jak to jest. Zasoby naszej planety wystarczyłyby, żeby wykarmić wszystkich. Jeśli jest lek, czy terapia dlaczego nie udostępnić ich chorym?

Jesteśmy wszyscy zaprzężeni do pługa, który sunie swój obłąkany taniec po ziemskim poletku.

Kiedy widzę zbiórkę na rzecz ciężko chorego dziecka, aby mogło polecieć gdzieś za granicę i ratować życie, to mnie krew zalewa.

Nie jest to do przyjęcia.

Jednak my wszyscy potakujemy do rytmu codziennych absurdów, w które wtłoczeni jesteśmy od dnia urodzenia.

Społeczeństwo żąda od nas spłaty długu, którego niegdy nie zaciągaliśmy. Pcha do szkoły, pcha do kościoła, pcha do ciotki na imieniny, pcha do pracy, małżeństwa i rodzicielstwa...

Pcha i tak dajemy się wepchnąć, aż serce nam stanie gdzieś między spotkaniem z klientem a przerwą na lunch. I tak się razem w tym pchaniu przepychamy. Ty pchasz mnie, ja pcham ciebie, bo kołowrotek idiotyzmu to jedyny swiat, jaki znamy.

A spróbuj z niego zeskoczyć, z tego diabelskiego młynu. Albo Cię zabiją, albo z powrotem wciągną, albo sam się tam z powrotem grzecznie zgłosisz. Bo boisz się być wolny. Bo wyrzuty sumienia i poczucie winy względem społeczeństwa zatrują twoje szczęście.

I każda zmiana, która działa na naszą korzyść okupiona jest cierpieniem. Cierpieniem zadawanym przez otoczenie. I cierpieniem zadawanym samemu sobie.

Szczęście i wolność to oczywiście mrzonki. Jednak absurd ludzkiego świata i nieszczęście, które ten świat generuje przekraczają pojęcie. Dlatego gdy wpłacisz następnym razem datek na zbiórkę dla dziecka z nowotworem pomyśl o tym, że twoje oburzenie ma sens. I że to nie tak miało być. I ze ten świat jest dziełem szalonego demiurga, nie ma sensu, nie ma duszy i nie służy nikomu, nawet tym, którzy bogacą się na upiornej umowie społecznej.

Czy Bóg jest, czy go nie ma - piekło jest tu na ziemi. Świat ludzki jest jedym wielkim wiadrem krabów, które nawzajem pilnują się i uniemożliwiają ucieczkę.

Gdybym wierzyła, że to ma sens, może uciekłabym gdzieś do lisiej nory i zabiła się dechami. Tylko co ma zrobić człowiek w lisiej norze? Zmienić się w lisa? W drzewo, może w hubę? Czy to wolność czy raczej uschnięcie intelektu? Mówi się, że głupiec jest szczęśliwy. Oddając świadomość i zdolność rozumowania nie będę już człowiekiem, będę grzybem albo mchem. A czy grzyb jest szczęśliwy lub wolny? Pewnie nie. Ale cudownie nie wie o tym. Nie wie też o tym, że jest sobą. Nie wie, że jest grzybem, nic nie wie. 

Być głupcem lub grzybem, być niewolnikiem lub nieszczęśnikiem... tercium non datur?

Wielkiego przebudzenia nie będzie. Zerwania okowów nie będzie. Godności ludzkiej nie będzie.

Co będzie?

To samo. Aż Matka Ziemia strząśnie z siebie stonkę ludzką. I będą już tylko mchy i porosty, zwierzęta i potoki, puszcze i knieje, czyste oceany.

I nie będzie poezji, bo nie będzie poetów. Jedyne pieśni rozniesie górskie echo. I ziemia będzie siebie nieświadoma. I tylko to echo...

piątek, 10 lipca 2026

Popęd życia



Rozpacz to ciemne chmury, które utrzymują się tak długo, że zapominam o istnieniu słońca. Zimno, straszno. Nie mam siły trwać zmarznięta i przerażona. Jak rozgonić te skłębione zasłony? Co zrobić, by nie wpaść w spiralę ciągłego spadania w dół?

Depresja dopada jak popęd śmierci. Potężna siła, która trwa uporczywie i chce zniszczyć wszystko, co dla mnie wartościowe. Włącznie ze mną samą. 

Co mogę zrobić? Jak tonący chwytam się każdego przebłysku życia. Muzyka, relacje, zwierzęta, książki. Każda z tych rzeczy niesie ze sobą odrobinę popędu zycia. Jedyny sposób, to ten pęd życia schwycić i trzymać się go kurczowo. Choćby był jedną świeczką. 

Aby żyć muszę wybrać życie.

Aby poddać się wystarczy osunąć się w nihilizm. Ostatni ogarek to instynkt samozachowawczy, ta psia wiara w sens życia i mozliwość ratunku.

Dlaczego walczyć pytasz. Z miłości własnej. Z miłości do świata. Z miłości do otoczenia. 

I prawdą jest, że ci, którzy tu wchodzicie porzućcie wszelką nadzieję. Bo nadzieja zawsze wiąże się z miłością. A tam, gdzie miłości nie ma, jest tylko piekło.


niedziela, 28 czerwca 2026

Wciąż nowe wciąż te same



Social media to konstrukt przedziwny. Każdy ma głos, każdy ma swoją przestrzeń do komunikacji ze światem. Uważam, że to bardzo dobrze.

Naturalnie wybieranie między ziarnem i plewami wymaga pewnych narzędzi, takich jak zdrowy rozsądek. Czyż jednak nie jest tak ze wszystkimi wpływami? Rodziny, przyjaciół, szkoły, Kościoła?

Mnie w tej chwili trapi jednak pewien problem.

Obserwuję wiele osób na różnych platformach społecznościowych. Każdego dnia publikowane są nowe, często wymagające sporego kawałka czasu na zapoznanie się, treści. Kto ma czas to wszystko oglądać i czytać?

Jestem kobietą w średnim wieku, bezdzietną, praca moja jest lekka. Mam czas. Widać jednak nie tak dużo, skoro nawet ja nie nadążam. Po prostu nie nadążam za tempem generowania treści, które potencjalnie byłyby dla mnie ciekawe.

Oczywiście social media to domeny, którymi rządzą algorytmy. Stałe publikacje, w które angażują się obserwatorzy, pomagają algorytmom wypychać treści do większej ilości odbiorców. Wpisy zatem, posty, przynajmniej w sporej części pisane są nie po to, by dawać jakość, ale po to, by zgadzały się zasięgi.

Trudno twórców winić za chęć dotarcia do jak największej liczby obserwatorów. Widzę tu jednak 2 trudności:

1. Nikt tego nie jest w stanie przejrzeć i przeczytać. Mnogość treści, na które nie ma czasu nikt, nie ma realnej wartości, o którą czasem jednak publikującym chodzi. Ruch zatem jest pusty i nic nie wnoszący. Choć być może większe zasięgi dają potencjalnie większą liczbę faktycznie zainteresowanych odbiorców.

2. Tu pojawia się problem nr 2, to znaczy powtarzalność. Nikt, nawet najzdolniejszy geniusz, nie jest w stanie generować nowych koncepcji jak z pistoletu. Treści publikowane tak często są zatem nudne, irytujące i rozmywają przekaz, rozpuszczają go w powodzi słowotoku i w bajorze grafik.

Każda twórczość, niezależnie od dziedziny, najczęściej opowiada historię kilku myśli, kilku przekonań, kilku zachwytów i kilku nawróceń. Najoryginalniejsze dzieła są zwykle dziełami paru idei. A cała twórczość dopiero w przekroju i pełnym ujęciu pokazuje ewolucję i faktyczną jakościową zmianę autorów. A to przecież dotyczy tych wielkich, najwybitniejszych i niepowtarzalnych mistrzów.

Po co zatem zaśmiecać przestrzeń publiczną monotonną paplaniną w kółko tego samego? Czy lajki i zasięgi cokolwiek znaczą, gdy treści nie znajdują sensownego odzewu? Rozumiem chęć dzielenia się ze światem swoją wiedzą i pomocą. Gdzie tu jednak kończy się człowiek, który chce dać wartość, a zaczyna jego biznes z e-bookami, w których powtarzane są wciąż te same komunały?

Nie rozumiem tego. Wiem, że jestem stara i w moim życiu social media są względnie nowym fenomenem. Nie widzę jednak sensu w produkowaniu tekstów jak w fabryce - masowo i sztampowo. Czy to na dłuższą metę będzie miało sens dla kogokolwiek? Czy przeciętnemu odbiorcy w końcu znudzi się podążanie za czymś, co nic nie wnosi? A może będziemy tak skrolować i skrolować, i lajkować i lajkować, aż nasze mózgi zamienią się w styropian? I będzie nam po prostu doskonale wszystko jedno?

niedziela, 12 kwietnia 2026

Jak uciec?



Kiedy jestem sama, sama, sama... taka dawka samotności jest nie do wytrzymania. Póki mam siły - rozpraszam ciszę hałasem niby pożyczecznych działań. Kiedy nie mam siły, nie odpoczywam. Cierpię. Bo ból duszy nie pozwala odpocząć. On ciągle tam jest. Choć uciekam wewnętrzna czarna dziura czyha, zawsze głęboka i zawsze bezlitosna. Czepiam się myśli, które nie mają sensu, nie mają treści, są tak samo puste jak moje życie. Moje palce są zimne jakby kostucha juz ich dotykała, już się do nich zbliżała. Nie mam żadnego punktu zaczepienia, nie mam nic, nie mam siebie.

Kiedy jestem sama nie znam żadnego celu, do którego mogę dążyć. Gdy jestem sama nie ma mnie. Gdy jestem sama jestem nikim. Nie rozumiem dlaczego nie mogę zyskać spokoju. Nie wiem jak inni po prostu są. A mnie po prostu nie ma. Będąc samą nie jestem dla nikogo czymś. Jestem niczym.

Moje demony trzymają mnie swoimi oślizgłymi mackami. Nie dają spokoju. Wciąż przypominają o sobie. Bardziej lub mniej przyczajone. Wysysają ze mnie duszę, która jest i tak już tylko cieniem.

Próbuję od nich uciec, ale one pętają mi kostki, trzymają za szyję. Duszą. Nie mam powietrza. Chcę na łąkę, gdzie mnie nie znajdą. Chcę nad morze, gdzie wiatr zagłusza ich upiorne jęki. Chcę do chłodnej piwnicy z dala od wszystkiego, co zaburza mój spokój. Chcę spać i nie musieć myśleć.

Jak uciec od rozpaczy? Choćbym tańczyła codziennie, wypijała dwie butelki wytrawnego wina, choćbym biegała boso pijana i szalona - kiedy padam one już tu są. Już znów je czuję - dręczące upiory winy, nienawiści i bezradności. Kiedy padam i znów jestem sama - znów nie ma mnie, znów jestem nikim, znów nie widzę drogi przed sobą, drogi za sobą. Znów słyszę tylko głos rezygnacji i beznadziejności - gorzki śmiech diabła.

piątek, 6 lutego 2026

Gdy nie mogę spać




Gdy nie mogę spać boję się zasnąć. Nie umiem zaufać ciszy, pogrążenie się we śnie to ryzyko odpuszczenia kontroli. A co, jeśli się nie obudzę? Co jeśli zapomnę kim jestem i co jest dla mnie ważne? Co jeśli kolejny sen zachwieje moje poczucie wewnętrznej integralności i zespojenia z rzeczywistością?

Objęcia Morfeusza wydają mi się mało apetyczne, nie mam ochoty na ten uścisk. Łóżko madejowe oferuje tortury nieprzychodzącego snu i długiej, głuchej nocy.

Słucham muzyki wciąż i wciąż. Nie mogę jej wyłączyć, to jedyny towarzysz. Nie chcę jutra. Już dość mam tych wczoraj, tych dni nieodróżnialnych, bezsensownych, szybko przemijających. Mam ochotę zatrzymać czas i tak trwać, nie myśląc o niczym, co zasieje cień wątpliwości. Tkwić tak w zawieszeniu i odpoczywać od ciągłego biegu.

Nie rozumiem świata, a tym bardziej ludzi. Nie rozumiem siebie. Nic nie rozumiem. Dlatego chcę tak trwać w tej nocy, długiej i nudnej jak koszmarna wieczność.

Dlaczego coś jest lepsze, niż coś? Nie powinnam zadawać sobie tego pytania. Bo odpowiedzi jest wiele i się nawzajem wykluczają. I wtedy ja tym bardziej nie wiem, o co chodzi. Nie mam żadnych odpowiedzi na którykolwiek z problemów.

Część mojego mózgu zasypia, ale druga część wciąż czuwa jak pies wartownik, w oczekiwaniu na zło wydobywające się z kłębów ciemności. 

Nie umiem kontrolować myśli, które nie mają sensu ani żadnego znaczenia. Podobnie jak uczucia. Podobnie jak mała ja i moje małe życie. Moje ego nie ma żadnej racji bytu. Choć jest, to właściwie nie ma wartości.

Chcę spać jak zwierzę, żyć jak zwierzę. Zwierzę zwykle cierpi, ale raczej o tym nie myśli. Po prostu żyje dalej lub umiera. Jak wszystko. Są miliardy takich zwierząt oraz miliardy ludzi, którzy nie mogą spokojnie spać. Po co to tak jest? Po co mi świadomość? Czy to kara za pierworodny grzech, którego nie popełniłam?

Więc świadoma małości praojców i małości własnej siedzę w fotelu, słucham muzyki i drżę przed porankiem, który przyjdzie zbyt szybko, zbyt intensywnie, zbytecznie.


sobota, 20 grudnia 2025

O matołach



Diagnoza schizofrenia paranoidalna. Lub zaburzenie schizoafektywne. I już wiesz, że masz przesrane jak w ruskim czołgu.

Nie dlatego, że całe życie będziesz musiała brać świństwa, od których spuchniesz, będziesz miała niewydolną duszę i ospałe, obolałe ciało.

I nie dlatego, że mimo leków paskudne objawy będą wracały i raz po raz wylądujesz gdzieś w miejscu, w którym raczej nie masz ochoty spędzać czasu. Gdzie śmierdzi, wszystko ginie i czas zatrzymuje się a absurd i komizm prowadzą tylko do cynizmu i stępienia jakiejkolwiek wrażliwości na drugiego człowieka.

Diagnoza choroby psychicznej prowadzi do tego, że ludzie wokół Ciebie nie reagują na Ciebie poważnie. Nie zgadzasz się - zwariowałaś. Okazujesz emocje - jesteś zaburzona. Masz swoje zdanie - przyjmowane jest to z oślizgłymi uśmieszkami politowania.

Nikt tak nie musi walczyć o godność jak człowiek chory psychicznie. Bo ludzie czują się upoważnieni do oceny Twoich kompetencji intelektualnych według własnego kiepskiego pojęcia o tym, kim jest człowiek chory psychicznie.

Więc słyszysz, że jesteś taka biedna, chora, nieporadna. Że nie wiesz, co robisz, a wszystko, co myślisz jest wynikiem tego, co sugerują inni. Przecież ty mała głupiutka chora Zuzanko sobie sama nie poradzisz. W tym małym móżdżku nie ma nic, ach nic.

Albo słyszysz, że skoro raz: jesteś chora psychicznie i dwa: obstajesz przyswojej ocenie ludzi - sprzecznej z oceną interlokutora - musisz być albo psychopatką albo osobą niepoczytalną.

Bo wszyscy wokół Ciebie czują się mądrzejsi. Czują się lepsi. 

A Ty tak na nich patrzysz i myślisz: Chryste co za matoły. 

A potem myślisz znowu o tym, że ludzie to piekło i ze niestety nic na to nie poradzisz, bo każdy myśli i mówi co chce, nie masz na to wpływu.

Za to masz wpływ na siebie. Dlatego myślisz i mówisz podobnie jak oni - to, co Ci się żywnie podoba.

niedziela, 30 listopada 2025

Dojrzałe banany są najsłodsze



Kobieta to dziwna istota. Gdy jest młoda jest ładna, słaba i łatwowierna. Gdy jest dorosła, musi być kobietą i mężczyzną, być silna, zwinna, mądra i walczyć o przetrwanie. Kiedy jest dojrzała...

Kiedy jest dojrzała nie poznaje swojego ciała. Nie poznaje też swojej duszy i wyrazu oczu. I zmarszczek. Nie poznaje świata, który ją otacza. I jeśli nie czuje się nikomu potrzebna, na siłę musi znaleźć powody i wartości. Na siłę musi znaleźć w sobie atrakcyjność i dobro.

Ciężko się przekonać, że jeszcze jest się kimś, gdy dzieci już nie ma albo nigdy ich nie było. Gdy zaczyna się czuć jak powietrze w towarzystwie mężczyzn, kiedy dorośli ludzie budzą instynkty opiekuńcze i czułość. Bo to dzieci.

Zastanawiam się, co będzie za kolejne 20 lat? Tylko ból, słabość, kruchość i zimno? Rezygnacja? Zagubienie? Zgorzknienie? Zawiść? Złość?

Kobieta podobno starzeje się jak wino. I dojrzałe banany są podobno najsłodsze. Jednak gdy świat wokół jest obcy, podobnie jak odbicie w lustrze - cierpkie wino i cierpkie porzeczki bardziej przystoją.

Kobieta dojrzała może być tylko tyle i tylko tym, na co sobie pozwoli i na co pozwolą inni. Bo sama z siebie - nie wiem. Chyba nie jest już specjalnie człowiekiem.


sobota, 8 listopada 2025

Young Lust


Young Lust to tytuł jednego z kawałków na płycie Aerosmith Pump. Młoda żądza w ujęciu rockowym. Adekwatnie. Jednak tytuł tego wpisu jest nieco click bait'owy. Nie będę bowiem pisała o żądzy cielesnej, lecz o namiętnym drivie młodych ludzi, drapieżnej chciwości wszystkiego tego, co życie może zaoferować. O tym drivie, którego my szpetni czterdziestoletni raczej nie mamy już w sobie.

Młodość oznacza zwykle głupotę, ale także sporo zasobów fizycznych. Brak wyobraźni związany z niedostatecznym bagażem doświadczeń pozwala na ryzykanctwo i próby realizacji śmiałych marzeń, młodzieńczych fantazji. Niektórzy młodzi wierzą w miłość, inni w zabawę, jeszcze inni w swoje partykularne pasje. Oczywistym napędem jest dobrobyt finansowy, seks oraz imprezowanie, szalenie tak długo i tak mocno jak się da. Młodość podejmuje przedsięwzięcia nie zważając na konsekwencje oraz zobowiąznia, których kosztów nie zna i nie potrafi przewidzieć.

Młode małżeństwa, długi, nałogi, dzieci, pierwsze prace, wyjazdy, nabazgrane obrazy, zagrana muzyka do weselnego kotleta, pisanie do szuflady lub publikacje na Amazonie. Któż z nas nie miał tych pierwszych wzlotów. I kto nie zaliczył upadku ryjem centralnie na glebę? Young Lust kończy się poharatanym sercem, duszą, ciałem i niewypłacalnością. Dla wielu.

Bądźmy szczerzy, po tym wszystkim i jeszcze kawałek później nie bardzo chce się już robić cokolwiek. Jak więc sprawić, by do dojrzałych projektów rosły nam skrzydła jak wtedy, gdy mieliśmy po 20 lat? Nie da się odzobaczyć tego, co się zobaczyło. I zapomnieć lekcji życia. Nie ma powrotu do głupiej niewinności. Zeżarliśmy już to jabłko poznania złego i dobrego. Nie marzymy o raju, który zamknął się szczelnie za nami.

To co możemy dla siebie uczynić, to pójść tam, gdzie chcemy, z kim chcemy i dlatego, że chcemy. Wiemy, że świat to rózne stopnie szarości i każdy nasz wybór niesie plusy i minusy. Nie da się żyć i nie wyrządzać krzywdy. Więc lepiej od razu to zaakceptować i cieszyć się życiem.

Szpetni czterdziestoletni nie mamy wiary, nie mamy złudzeń, ale jeszcze żyjemy, szkoda zatem wegetować. Dlatego nieco z rozsądku, nieco wiedzeni nadzieją wykonujemy skok  wir zdarzeń, pijemy wino zapomnienia i przywołujemy boga Iggiego Pop. Odzyskujemy swój Lust for Life!



sobota, 1 listopada 2025

Sucha kostucha



 "Sucha kostucha ta miss Wykidajło

Wyłączy nam prąd w środku dnia".

Każdy Polak zna te 2 wersy.

Maryla Rodowicz "Niech Żyje Bal".

Tekst Agnieszka Osiecka.

Agnieszka Osiecka była ulubioną autorką tekstów piosenek mojej Mamy. Mama nie żyje od 18 lat.

Nie lubię chodzić na jej grób, gdzie leży obok swojego męża, mojego Ojca. Czuję, jak sklepienie Nieuniknionego spada na moje barki za każdym razem, gdy jetem na cmentarzu, tam gdzie są pochowani.

Tak samo ciężko jest mi mysleć o tym, że ich nie ma, jak wtedy, kiedy po kolei odchodzili - najpierw Tata, potem Mama, 4 i pół roku po nim.

Śmierć jest dziwna. Jest nieodłączną częścią życia, każdy z nas ma bilet w jedną stronę. Jednak ostateczność, powaga umierania jest trudna do zniesienia. Nawet do wyobrażenia.

Zawsze uważałam, że łatwiej jest odejść, niż żegnać.

Zawsze uważałam, że lepiej odejść, niż czuć wyrwę w swoim świecie, zimną, pustą jak oczodół nieboszczyka.

Płomyk świecy, metafora życia, nie odda mi moich zmarłych bliskich.

Masza Święta w intencji Umarłych nie sprawi, że powitam ich znowu w swoich progach.

Kwiaty i wiązanki złożone na grobach nie przywrócą radości i nadziei. Są kuriozalne jak wszystkie pogańskie obrzędy.

Wiara pomaga, oczywiście. Świętych obcowanie, powrót dusz do Boga, wieczny odpoczynek i Światłość Wiekuista. Wiara to jednak wiara, czasem na przekór lękowi i cierpieniu.

Poza tym, czy Mama jako dusza, która dołączyła do Królestwa to jeszcze  moja Mama? I czy ja dostąpię kiedykolwiek łaski zbawienia i zjednoczenia z bliskimi, którzy odeszli przede mną?

Jedyne, co mogę zrobić, to włączyć Osiecką i zobaczyć w pięknych piosenkach twarz Matki.



sobota, 25 października 2025

Rozbite w proch kryształowe lustro



Nie wiem czy ktokolwiek wie, kim jestem. Często nawet ja tego nie wiem. Nawet ja znam tylko urywki mnie. Tylko tyle wiemy o sobie samych i o innych, ile zostało wypowiedziane, zanotowane, udokumentowane, uświadomione.

Istnieje jednak jakaś prawda może nie absolutna, ale konkretna i niezaprzeczalna, dotycząca tego, kim jesteśmy jako część społeczeństwa. Nasze pochodzenie, wykształcenie, praca, osiągnięcia, wady i zalety. Nasze zwyczaje i opinie o nas.

Ale bach!

Wszystko to można roztłuc

w drobniutki mak!

Gdy stajemy w obliczu szargania naszej reputacji, plotek, mobbingu, zniesławienia, niszczenia naszego dorobku - cóż możemy zrobić?

Możemy walczyć.

Możemy posiadać środki na to, by wyciągnąć z winnych konsekwencje prawne i pieniężne.

Możemy jednak nie mieć takich środków.

Można wtedy żyć spokojnie w swoim kącie, ale ze świadomością tego, że inni widzą nie nas, tylko kogoś całkiem innego.

I wtedy wiecie, trzeba mieć to gdzieś. I nikomu nigdy nie próbować udowadniać, że nie jest się wielbłądem. Bo to nic nie zmieni.

niedziela, 19 października 2025

Myślenie to czysta fantazja...



Myślenie takim osobom jak ja wymyka się spod kontroli. W głowie żyję życiem, którego nie widać i nie słychać. Którego nie zna nikt prócz mnie samej. Myślenie powinno wyrastać z konkretnej rzeczywistości, z sytuacji w realnym świecie i ich tylko dotyczyć. W głowie jednak można snuć wywody w całkowitym oderwaniu. Można mówić z samą sobą. I można rozważać opinie, oceny i stosunki faktów do uczuć i do intuicji. Co znaczy co i co ja o tym wszystkim sądzę, czego się trzymać. I decydować o tym, co dla mnie ważne.

W mojej głowie rozważania i mysli płyną na najrózniejsze tematy. Ja nigdy nie myslę o tym, co robię. Myślę... zawsze gdzieś indziej jest moja głowa. Dlatego zawsze rozlewam zupę i nie ma we mnie krztyny ambicji i woli współzawodnictwa. To co mogę osiągnąć wśród ludzi nie wydaje mi się specjalnie ważne. Ważna jest dla mnie tylko harmonia moich czynów, uczuć, ocen i przemysleń.

Horyzont mojego życia wyznacza mi to, czego mogę doświadczyć. Ludzie i sytuacje dają mi przyczynek do rozwoju intelektualnego oraz wrazliwości emocjonalnej. Życie płynie, jestem coraz starsza, ale to nie ma znaczenia, bo jedyne, co się zmienia to mój świat przemyśleń i wyobrażeń.

Mówi się, że nie ma teorii, nie ma spójnej narracji bez pewnych aksjomatów, które przyjmujemy na wiarę - świadomie albo nie. Moim aksjomatem jest życie wśród ludzi, których nie rozumiem oraz konieczność z tymi ludźmi przebywania i wpasowania się w ich świat. Realność rzeczywistości materialnej i społecznej, a także równoważność każdego człowieka i jego godności z moją - to moje założenia pierwotne. Wiara dotyczy możliwości zrozumienia i komunikacji międzyludzkiej. Coś tam rozumiem, większości nie. Staram się. Staram się całe życie budować most między mną i rzeczywistością. Nie wiem, czy chcę ten most przekroczyć. Czy raczej jedną stopę na zawsze zostawić w bezpieczeństwie i cieple świata moich myśli.


poniedziałek, 22 września 2025

Wolność do?



Kiedy zaczniemy myśleć o tym, czym właściwie jest wolność, nie unikniemy popadnięcia w sprzeczności, absurdy, a także frustrację spowodowaną brakiem umiejętności wyrażenia tego, co nam się tam czuje i wyobraża.

Najczęściej wyróznia się dwa rodzaje wolności: "wolność od", czyli skuteczne pozbycie się w swoim życiu czynnika, czy czynników złych, krzywdzących, niszczących, czy obcych.

"Wolność do" to kwestia wyboru. Czyli gdy decydujemy na przykład o tym, kim jesteśmy, jakie wartości nam przyświecaja, jakie mamy priorytety, do czego dążymy i z kim się utoższamiamy - jestesmy wolni w chwili tej właśnie decyzji.

Oczywiście oba "rodzaje wolności" niosą swoje problemy. "Wolność od" wprawdzie teoretycznie wyswobadza nas z "niemiłych nam okowów" jednak bez konkretnego planu dotyczącego tego, jak mamy żyć, co robić tę "wolność" uzyskawszy jesteśmy zagubieni. I dalej niezadowoleni.

"Wolność do" to decyzja, która niesie za sobą konretne realia tego, jak żyjemy i postępujemy, do czego dążymy. I cóż, na tym "wolność" się kończy, gdyż nasza pierwotna decyzja determinuje wszystkie nasze poczynania. Swobody w tym nie ma ;)

Chyba jedynym rodzajem ludzkiej wolności jaki widzę w tym ponurym schemacie jest wybieranie "wolności od" za każdym razem, gdy poprzednia "wolność do" nam niebywale doskwiera.

Klasyk - The Artist Formerly known as Prince - śpiewał następujący wers w jednym ze swoich szlagierów:

-Make the rules;  then break'em all cause you are the best!

I tego się trzymajmy. Nie bójmy się wycofywać własnych wyborów i łamać własnych zasad. Możemy wybierać za każdym razem "wolność od" naszych dawnych, nieaktualnych i irytujących decyzji. Inaczej? Nie bądźmy zakładnikami swojej własnej przeszłości! I nas samych!

sobota, 13 września 2025

Gdzie jestem?



Odpowiedzieć sobie na pytanie kim jestem, jaka jestem, co czuję, wbrew pozorom nie jest prosto. Przy głębszej refleksji próba zdefiniowania moich cech charakteru wymyka mi się z rąk. W samotności w zasadzie mnie nie ma. Moje myśli, wbrew temu, co głosił Kartezjusz, nie są dla mnie istnieniem. Bo nie czuję, że większość z nich jest zasadna i moja. I nie czuję się sobą sama ze sobą.

Odnajduję się czasami w ludziach, których mijam na swojej drodze. Każda ze znanych mi osób niesie w sobię krztynę mnie, którą dostrzegam dopiero, gdy jestem obok. Nie mam poczucia siebie, nie mam jedności, nie mam spójności, nie mam ja - bez tego ziarnka, tego brakującego ogniwa, które ma tylko ten drugi człowiek.

Są też osoby, przy których czuję, że wracam do domu, do harmonii, "do siebie". Do tego, co znajome i zrozumiałe. Przy takich osobach choć na chwilę przypominam soboe kim jestem. I wiem gdzie jestem - jestem tylko tam, gdzie są ci wyjątkowi ludzie niosący mi jasność, światło i realność mojego istnienia.


środa, 10 września 2025

Raz walenie głową w mur, raz gładki lot, raz złość, a raz obojętność



Miłość? Nikt nie potrafi podać definicji. Czy to uczucie, czy to relacja, czy to rola, czy to idea? Ciężko tak naprawdę coś przekonująco stwierdzić. Każdy lub większość z nas ma jakieś anegdotyczne przekonanie wyniesione z przeżyć i obserwacji.Wielu z nas wierzy w miłość, wielu też cynizm już dawno pokonał.

Ja nie wiem, czy jest o co walczyć, czy sens jest walczyć, czy w ogóle jest o co walczyć. Może nie ma nic oprócz chuci, nudy i obrzydzenia. Może jest tylko przyzwyczajenie i zniechęcenie. Może schemat jest zawsze ten sam a potem jesteśmy starzy i mylimy sztuczną szczękę z różańcem.

Czy płakać z powodu niespełnionych marzeń, czy śmiać się, zaczadzić pigułą sarkazmu? Może to wszystko po prostu nie ma sensu. Może tkwimy w powieści Kundery, gdzie wszystko jest przegniłe i odrażające.

Tak czy siak jesteśmy młodzi tak długio jak targają nami rozterki czasu burzy i naporu. Im dłużej nasz wewnętrzny Werter cierpi, tym dłużej czujemy, że żyjemy. A koniec końców lepiej czuć ból tęsknoty, niż nie czuć nic.


środa, 30 lipca 2025

Jak nie docenia się zdrowia fizycznego



Oczywiście każdy powie - byle zdrowie było. Po czym większość z nas przejdzie do zapelenia szluga, zeżarcia ciastka, włączenia Netflixa lub jarania blunta. Nie rozumiem, dlaczego człowiek ma skłonność oddzielania swojego stylu życia od chorób, które go trapią. Niby wiemy, schudnąć trzeba, należy więcej się ruszać, mniej siedzieć, nie grać po nocy, wyjść na powietrze. No i co z tym robimy? Bardzo często nic. A jak chorujemy traktujemy to jak plagę egipską, która spadła na nas znienacka, niby niezrozumiały i ślepy dopust boży.

Wielu z nas ma jakiś wake up call, z którego wyciąga lekcję i zaczyna tę swą ziemską skorupę, jaką jest ciało, lepiej traktować. Niektórzy niestety takiego szczęścia nie mają, bo nie ma już dla nich szans na życie. Oczywiście są i tacy, co chorują mimo znakomitego stylu życia - tu rzeczywiście niesprawiedliwość ma prawo boleć.

Dużo mówi się w obecnym dyskursie o zdrowiu psychicznym. Jak stres nas zżera. Jak nadmierne wymagania społeczne, internet, social media i drożejące życie wypruwają z nas ducha i wolę walki. I to są ważne wątki dotyczące dobrostanu ludzi. Czy spróbowaliście jednak zadbać bardziej o kondycję ciała, po czym doświadczyliście niesamowitych profitów w swoim stanie psychicznym i emocjonalnym? Ja tak. Nie ma praktycznie takiej choroby, schorzenia, czy trudności psychicznej, w której nie pomogłoby w dużym stopniu ogarnięcie się fizyczne - lepsze jedzenie, lepsza forma, większa siła i zwinność.

Uważam, że warto tory publicznej debaty na temat zdrowia przestawić z powrotem na nacisk na fizyczność. Dzieci niesprawne to chorzy dorośli, którzy nie będą żyli ani długo, ani szczęśliwie. Bez sportu, czy innego wyzwania fizycznego nie mamy hartu ducha. Bez tężyzny fizycznej nie ma sił witalnych - także tych intelektualnych i emocjonalnych.

Ciało nie jest odrębne od ducha, ani duch, przynajmniej w życiu doczesnym, nie jest odrębny od ciała. Jeśli zaniedbujemy ducha możemy doznawać poczucia braku wartości życia. To prawda. Zaniedbując ciało możemy niestety stracić samo to życie. A to przecież jednoczesna utrata wszelkich wartości doczesnych - dla nas i dla naszego otoczenia.

Czujesz się źle na duchu? Znajdź czas na to, zeby ciało wprowadzić w ruch i nie zatruwaj go świństwami. Zdrowsze ciało odda ci lepszy humor, więcej energii, optymizm i nadzieję.




niedziela, 27 lipca 2025

Odzyskać zaufanie do... siebie



Człowiek gdy jest sam ze sobą, funkcjonuje w różnych rolach. Jest planującym, wykonującym i rozliczającym. Dysponuje dyscypliną i zaangażowaniem, ale także jest leniwy i nie dowozi. Ja za często nie dowożę. Uginam się pod swoją własną dyscypliną, którą probuję przeforsować. Między potrzebą zaufania do siebie, a poczuciem winy z nie wywiązywania się z obowiązków - rodzi się frustracja.

Jestem w procesie odzyskiwania siebie, swoich celów, procedur, nawyków i zdrowia. Lęk przed porażką miesza się z poczuciem, że jedynie systematyczne wykonywanie wyznaczonych zadań może przybliżyć mnie do spójności charakteru.

Boję się siebie. Słabości. Uległości. Zaniechania. Jedyne, co mam w swoim przyborniku to kalendarz i zrozumienie, że liczy się tylko codzienny grind.

Jednocześnie trzeba mi miłosierdzia dla słabości. Tylko nie za dużo. Bo zbyt łaskawy ekonom nie jest w stanie utrzymać zdrowo funkcjonującego gospodarstwa.

Każdy mój krok do zaufania samej sobie przeraża mnie, bo tego zaufania nie mam. To jak wchodzenie po stromym zboczu kurczowo trzymając się podłoża i nie patrząc do tyłu.

Dlaczego podchodzę do siebie tak dramatycznie? Bo czuję, że mnie nie ma. Czuję, że strach mnie pożarł, a zwątpienie we własny potencjał przygniotło nie tylko mnie, ale moje marzenia, plany, wyobraźnię i poczuicie jakiejkolwiek wartości. Muszę systematycznie odzyskiwać siebie - kawałek po kawałku. Bo mnie nie ma. Pożarł mnie potwór, któremu muszę teraz wyrwać z żołądka swoje ciało i duszę. Kawałek po kawałku.

Potwór jest realny, a ja jestem tylko człowiekiem. Więc idę pod tę górę, nie patrzę za siebie i nie myślę o potworze inaczej, jak o widmie tego, czego już nie ma.

poniedziałek, 14 lipca 2025

Nicość z wyboru



Ludzie żyją z róznych powodów. Z radości, dla przyjemności, tak po prostu, jak wszyscy, dla siebie, dla bliskich, dla książek, miłości i samochodów. Ale te przyczyny mogą się skończyć. Kiedy aksjomaty życiowe wyczerpują się, pokazują swoją dymiącą bezsensem pustkę, kontestujemy je i szukamy sensów, wartości i już nie mamy przyczyn, mamy cele.

Każdego w kryzysie wiary przy życiu trzyma coś innego. Wiara w Boga, w wartość życia, przywiązanie do rodziny, poczucie obowiązku, piękne chwile, na które ma się nadzieję, że nadejdą. W kryzysie naszym obowiązkiem, lub jak kto woli koniecznością jest zbudowanie sobie nowych fundamentów, wybranie i osadzenie się w nich. Ludzie często mają dużo siły dzięki wartościom, które każą im za każdym razem raczej wybrać "coś", niż "nic".

Są jeszcze tacy, którzy szukają w innych podpowiedzi, pomocy, sensu życia. Chcą od świata odpowiedzi i rozwiązań, których świat dla nich nie ma. Chcą, by życie układało się dokładnie tak, jak dawniej, przed kryzysem. Żeby świat zawsze miał ten sam, akceptowalny i przeżuty na wszystkie strony porządek. To iluzja, bajka, która zawsze ma złe zakończenie. Jednak szantażysta trzyma się jej kurczowo i tego oczekuje, na próżno, od otoczenia.

Są tacy, którzy już w nic nie wierzą. Nie czują, nie widzą nic, co usprawiedliwia życie, które jest zbyt nieznośne, żeby je przeżywać. Ci nie szukają pomocy, nie skarżą się, ale nie dają również nic z siebie. Oni wybierają dla siebie nicość. 

A potem ich już nie ma.



sobota, 5 lipca 2025

Nigdy nie byłam w takiej sytuacji...



Co musi zrobić człowiek, kiedy postawiony jest w roli kogoś, kim do tej pory nie był?

Jak myśleć, gdy myśli się o czymś, o czym nigdy się nie myślało?

Jak rozumieć rzeczy całkiem niezrozumiałe, gdy cudze interpretacje nie dają satysfakcji, a samemu cóż... trudno się jednoznacznie określić?

Jak działać, gdy nie ma się ochoty na działanie?

W co wierzyć, kiedy nie czuje się sensu?

Jak patrzeć, żeby nie widzieć brzydoty?

Jak zerkać, żeby dostrzec i piękno, i prawdę?

Retorycznych pytań mam dość na całą szkoną rozprawkę.

Odpowiedzi nie mam, a cudze są cudze.

Chyba pójdę jeść robaki.

A najpewniej - zmarnuję jeszcze trochę nie-cennego czasu oddając się donikąd nieprowadzącym rozważaniom :)

środa, 4 czerwca 2025

Oppression Olympics



Media huczą od głosów osób oceniających dzisiejszą kondycję mieszkańców zachodniego świata jako z lekka żałosną. Masowo jesteśmy upupieni, słabowici, straumatyzowani, histeryczni, niedojrzali. Wartości leżą, kręgosłupy moralne nie istnieją, głupota się szerzy, a choroba psychiczna dotyka co drugą osobę.

Tak oczywiście nie jest, ale wiele osób w tym stylu komentuje zachowania, których nie rozumie, lub które uważa za społecznie szkodliwe.

Według mojej oceny dopuszczenie do powszechnej świadomości oraz normalizacja problemów emocjonalnych, które nas jako ludzi dotykają, związanych z nimi trudności adaptacyjnych, szkodliwych wzorców przystosowania - ogólnie niepotrzebnego cierpienia - są bardzo bardzo dobre. Wizyta u psychiatry, czy psychologa nie jest już tabu, bycie odmiennym, dziwnym, ekscentrycznym jest łatwiejsze w dzisiejszych realiach. Umiemy coraz lepiej czuć, coraz więcej w sobie i innych akceptować oraz chętniej sięgamy po pomoc.

Medal niestety jak to medal ma dwie strony. Trudności kształtujące charakter mają zawsze to do siebie, że kształtują charakter. W związku z czym gdy zbyt łatwo odpuszczamy koncentrując się na traumach lub drobniejszych niedogodnościach, jakie nas w życiu spotykają - tracimy chęć i potrzebę szukania rozwiązań. I stajemy w wyścigu o to, jak bardzo to ja jestem poszkodowania, a jak inni wokół są temu winni. Wyścig należy do porządku dnia w ramach tytułowej Olimpiady Uciemiężonych.

Łatwo tego rodzaju męczeńską i pełną pretensji do świata postawę piętnować w innych. To jak z tym źdźbłem w cudzym oku. Belka w naszym zwykle gości długo i  nigdzie się nie wybiera.

To zabawne, jak psychika ludzka umie różne wzorce emocjonalne kamuflować przed nami samymi. Można być człowiekiem sukcesu, a w środku chować napędzającą zwycięstwa społeczne frustrację, złość, nienawiść i poczucie niższości. Jestem prochem po zdechłej myszy, więc stanę się tak wielki, tak szanowany, tak wspaniały - że nikt tego nie dostrzeże, a ja o tym zapomnę. To oczywiście tylko przykład wzorca postępowania maskującego wewnętrzny syndrom ofiary.

Może i ty masz takiego małego frustrata w sobie? Może i ty skrywasz przed wszystkimi łącznie z samym sobą swój codzienny trening do Oppression Olympics? Może twój własny ból w końcu i ciebie pokona?

Nie wydawajmy pochopnych ocen widząc osoby, które nie potrafiąc poradzić sobie z wymagającą rzeczywistością publicznie zabiegają o laury pocieszenia. W większości z nas żyje choćby zalążek zdeptanego, sfrustrowanego ego. Nie krytykujmy cudzego źdźbła w oku zbyt serio, bo belka w naszym urośnie i wszyscy ją zobaczą. Jak na dłoni.


piątek, 31 stycznia 2025

Kolejne wychylenie wahadła



To nie jest normalne. Kiedy wiem już, dokąd wiatr mnie niesie, kierunek się zmienia i nic już nie wiem, bo myślę coś całkiem przeciwnego. Ale kiedy oswoję się z tym, co myślę i czuję, wiatr znów zmienia zwrot i myślę i czuję inaczej... 

Żeby osiągnąć taki smooth sailing, taką lekką bryzę i tylko delikatnie korygować kierunek. Nie, musi być sztorm i trąba powietrzna, które wywracają wciąż wszystko do góry nogami. I znów. I od nowa.

Huśtanie wahadła przyprawia mnie o mdłości, zawroty głowy, dezorientację, zmęczenie i absolutną niechęć do wszystkiego. Chcę zsiąść już z tej karuzeli. mam chorobę lokomocyjną.

Chciałabym być normalna, stateczna, grzeczna, uporządkowana. Byłoby nudno, ale nie byłoby takiej refleksji. Byłyby tępe oczy, spokojne sumienie i zadowolony pełny żołądek.